Wiadomości
<- powrót
Hołek zawodowiec
"Business Media": Czy możliwe jest
uprawianie sportu bez sponsorów?
Krzysztof Hołowczyc: Oczywiście, że jest
możliwe - pytanie tylko, na jakim poziomie się go uprawia. Każdy z nas biega, pływa, jeździ na rowerze - i to też jest sport. Ale nie taki przez duże s. W pewnym momencie w grę zaczynają wchodzić duże koszty - przygotowania, sprzęt. Jeśli ktoś myśli, że biegacz do uprawiania sportu wyczynowego potrzebuje jedynie dobrych butów i koszulki, to się bardzo myli. Profesjonalny sprzęt, regularne treningi sprawiają, że sport na wysokim poziomie nie może się odbywać bez odpowiedniego wsparcia finansowego.
Można się schować w lesie i tam się ścigać, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że sport to też wielkie widowisko. Od zarania dziejów, gdy gladiatorzy wychodzili na arenę, ludzie chcieli krwi. Ta świadomość, że widowiskowość jest w sporcie głównym elementem, zmusza, niestety, nas, sportowców, do znajdowania się w sytuacjach, w których nie każdy z nas chce się znajdować, lub robienia rzeczy, które odbiegają od czystego sportu. Trzeba budować odpowiedni wizerunek, bywać w pewnych miejscach,
tuż przed zawodami organizować konferencje prasowe, kiedy tak naprawdę najważniejsze są skupienie i koncentracja. Ale takie są reguły gry - jeśli sportowcy nie chcą się podporządkować, to coś ich później omija. Nawet olimpiada jest tworzona pod kątem show - jeśli jakaś dyscyplina nie jest zbyt widowiskowa, to automatycznie ma mniej kibiców, a tym samym sponsorzy mniej chętnie ją wspierają.
Pańska kariera pokazuje, że rozsądnie potrafił Pan pogodzić wyczynowy sport z działalnością marketingową. Stal się Pan
prawdziwą gwiazdą - udział w programach telewizyjnych, eventach, reklamie. Ale z drugiej strony nie brakuje opinii, być może tych, którzy sobie z tym nie radzą, że gwiazdorstwo zabija sport. Zawodnicy reprezentujący mniej popularne dyscypliny nie mają sponsorów i pieniędzy na rozwój, mimo że są nie mniej utalentowani. Czy Pana zdaniem zainteresowanie ze strony mediów ułatwia, czy utrudnia zawodowe uprawianie sportu?
To pan powiedział, ze jestem gwiazdą. Ja jestem sportowcem. A to, że wokół tego jest otoczka marketingowa, powoduje, że sport tylko na tym zyskuje. Jeśli dzięki temu na zawody przychodzi więcej kibiców, to nam bardziej się chce to robić. W pewnym momencie trzeba pójść na kompromis - powiem szczerze, że po rajdzie wolałbym pójść do hotelu i się zwyczajnie wyspać, a tu trzeba wyjść w odpowiednich barwach z logo na koszulce i udzielać wywiadów. I to jest oczywiste, nikt z tym nie dyskutuje, bo wiadomo, że pieniądze są nam niezbędne. Szczególnie sporty motorowe potrzebują ogromnych funduszy, ale w zamian dają kibicom ogromne emocje - to jest dla nich niesamowita adrenalina.
Czy marketing sportowy w Polsce zaczyna już przypominać ten na światowym poziomie?
Na pewno nie ma jeszcze tak profesjonalnej obsługi sportowców - to mnie najbardziej martwi, bo w Polsce jest wielu sportowców na światowym poziomie. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale gdy ktoś wchodzi na wyższy poziom, to wszystko musi poświęcić wyłącznie sportowi. Przeraża mnie to, że na tak wielu polskich sportowców na światowym poziomie są przeznaczane tak małe pieniądze. Można powtarzać, że sport to czysta i piękna idea, ale taki człowiek po pięciu latach nie ma czego do garnka włożyć. On w tym czasie, gdy inni się uczyli, zdobywali pozycje w firmach, tylko ćwiczył. I nagle wszyscy się dziwią: „On, wielki mistrz, i nie ma za co żyć?". Jeśli ktoś całkowicie się poświęca, powinien mieć do dyspozycji odpowiednie środki, aby mógł spokojnie żyć. Poza tym nie mówi się tez o tym, że tacy sportowcy są po zakończeniu kariery nieprzygotowani do normalnego życia. Pomijającnazwiska, są przecież w Polsce przykłady wielkich mistrzów, którzy żyją w totalnej nędzy, a niektórzy nawet zapijają się na śmierć. To jest prawdziwy dramat.
Kto w takim razie powinien im pomagać
finansowo?
Wracamy do punktu wyjścia - zrobienie
świetnego widowiska powoduje, że sportowiec
staje się rozpoznawalny. Nie każdy jest w stanie
zbudować to co my - firmy, organizowanie
eventów. Obudowaliśmy to, co dzieje się wokół
mnie, różnymi formami zarabiania pieniędzy.
O tym trzeba otwarcie mówić. W Polsce nadal
boimy się, gdy ktoś zarabia pieniądze. Cnotą
jest być biednym, mieszkać w małym mieszkanku,
być przeciętnym. To nie tak powinno
być. To znaczy, że taki człowiek być może nie
wykorzystał odpowiedniej szansy, coś w życiu
przegapił.
Czy myślał Pan o tym, by pomagać młodym ludziom, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w sporcie zawodowym, w budowaniu ich wizerunku czy pozyskiwaniu sponsorów?
Stworzyliśmy zespół Hołowczyc Management, którego pierwotne cele miaty być właśnie takie. Ale muszę przyznać, że miałem kilka
nieprzyjemnych przygód po drodze. Chcieliśmy, aby ci sportowcy prezentowali wysoki poziom. Uczyłem ich szybko jeździć, ale to nie
wystarczyło. Brakowało im wypracowanej odpowiedniej taktyki, która, niestety, przychodzi z wiekiem. Potrzebna im była osoba, która na bieżąco kontrolowałaby ich postępy. Ja sam byłem czynnym zawodnikiem, więc nie zawsze mogłem być na miejscu i służyć radą. Gdy jeździli na zawody, chcieli za wszelką cenę udowodnić, ze potrafią szybko jeździć. Zdarzały się więc wypadki, a potem zarzuty, że to ja zmuszam ich do takich prędkości i szaleństw. To była bzdura, ale sprawiła, że się sparzyłem. Pomagamy młodym sportowcom pozyskiwać sponsorów, sami też szukamy talentów, co nie jest proste. Sponsorzy, zanim wyłożą duże pieniądze, szukają doświadczonych i ułożonych sportowców, którzy trochę już przeżyli - i wygraną, i przegraną, i stłuczkę po drodze. Talentów
poszukuje się głównie wśród cartingowców,
ale nawet jeśli ktoś okaże się lepszy od innych,
to od razu przechwytuje go znany zagraniczny
klub. Tak było na przykład z Robertem
Kubicą, który teraz sam pomaga chłopakom,
którzy zaczynają tak jak on kiedyś. Wsparcie
zwłaszcza na początku kariery sportowej jest
niezwykle ważne.
Czy kryzys ekonomiczny odbił się znacząco
na branży sportowej?
Oczywiście. W tym roku kalendarz rajdów
jest mocno okrojony. Nadal nie mam pewności,
czy wystąpię w Dakarze, mimo że w ubiegłym
roku nasz wynik był świetny - zajęliśmy piąte
miejsce w największym rajdzie świata z dużymi
szansami, że możemy być jeszcze wyżej. To
mówi samo za siebie. Ale mamy świadomość,ze sponsorzy każdą złotówkę zamiast z dwóch
oglądają teraz z trzech stron (śmiech). Dopóki
jesteśmy w stanie tę wydaną złotówkę pomnożyć
razy dwa, a nawet trzy, to firmy są zainteresowane
inwestowaniem w nas. Ale trzeba
przyznać, że jest na świecie wiele dziedzin
sportu, które nie przynoszą oszałamiających
pieniędzy. Mimo że sportowiec zdobywa świetne
wyniki, nosi logo sponsora na koszulce, ale
zainteresowanie kibiców jest niewielkie, wtedy
to się zwyczajnie nie opłaca. To przykre, ale
trzeba też zrozumieć sponsorów.
W USA i Europie Zachodniej wiele klubów
w poważny sposób buduje swój budżet
na sprzedaży gadżetów klubowych. Czy
polski sport również może na tym zarabiać?
Myślę, że tak. Powstają profesjonalne firmy,
które tworzą systemy takich gadżetów. Coraz
częściej widzimy całe rodziny, które przychodzą
na zawody w jednakowych koszulkach
czy czapeczkach. To bardzo miłe dla sportowca.
Dla niektórych stało się to nawet stylem życia.
Podam przykład: w pewnym 70-tysięcznym
miasteczku na wyścigi żużlowe przychodzi
40 tys. osób, czyli w zasadzie co drugi
mieszkaniec. Dla nich taki dzień staje się świętem,
wielka fiestą. Ma to same plusy. Z pewnością
jest to znacznie lepszy sposób na spędzanie
wolnego czasu niż ciągłe narzekanie. Sport zawsze był fajny.
Rozmawiał Sławomir Lange,
współpraca Alicja Lesiakowska
<- powrót
|